— Matko jedynego Grakcha74! — wołał. — Znowu post?

— Post, bo piątek...

— Znowu piątek? Może być zresztą, że dzisiaj jest piątek, ale jutro będzie sobota i też będzie post, a pojutrze będzie niedziela i znowu będziemy jedli jakieś rybie zwłoki. Ha! Czemu się ta osoba ze mnie naśmiewa? Ta osoba nie wie, ale wkrótce się dowie, że moja mama każe pościć uczciwemu malarzowi nie tylko we środy i piątki, ale przed świętem i po święcie, przed plombowaniem zęba, przed kupnem nowego parasola, przed zrównaniem dnia z nocą, przed zaćmieniem słońca i księżyca, przed podróżą, w czasie podróży i po podróży, przed dniem dobroci dla zwierząt...

— Człowieku, przestań!

— Nie mogę. Dusza we mnie łka... Krwi, krwi! Mięsa i krwi! Matko, co to za martwa natura?

— Szczupak.

— Hańba temu idiocie! Niech mama powie tej osobie, że jeśli się będzie śmiała podczas jedzenia wieloryba, łatwo się może udławić. Dziury w niebie nie będzie, bo na świecie będzie spokojniej...

— Och, jaki pan śmieszny!

— Słyszy mama? Wykarmiłem węża na własnej piersi! Wąż to też postne indywiduum. Można jeszcze wziąć kawałek tego bałwana szczupaka czy ma zostać na jutrzejszy post?

— Można, można — śmiała się pani Zawidzka.