Jerzy mówił:
— Tak, proszę pana... Pamiętamy... Lecz... Czy nie byłby pan tak dobry odwlec termin... Przecież to lato... Pisałem do pana z Zakopanego... Będzie trudno, bardzo trudno... Może część, może cokolwiek? Mój Boże!
— Mój Boże... — szepnęła pani Zawidzka jak smętne echo.
Ewcia wstrzymała oddech w piersi.
— Niech pan będzie dobry — mówił Jerzy głosem ciepłym, serdecznym i jakby błagalnym. — Będziemy się starać. Choćby spod ziemi...
Słuchał przez dłuższą chwilę głosu z oddali, po czym zakończył smutno:
— Trudno... Jak pan chce... Żegnam pana!
Stał przez chwilę ze słuchawką w ręce, jak gdyby nie wiedział, co z nią począć. Położył ją wreszcie na widełkach, jakby nie wiedząc, co czyni. Spojrzał na matkę wzrokiem zgasłym i rzekł cicho:
— Mudrowicz.
— Wiem — odpowiedziała pani Zawidzka.