Wesołość wyleciała przez otwarte okno jak spłoszony ptak. Oboje milczeli.
Ewcia, rozumiejąc, że stało się coś bardzo przykrego, podniosła się z krzesła i powiedziała cichutko:
— Czy ja mogę wyjść do ogrodu, proszę pani?
Pani Zawidzka spojrzała na nią jakby nagle obudzona.
— Tak, tak, moje dziecko... My tu jeszcze chwilę zostaniemy...
Ewcia starała się wyjść bez szmeru. Zdawało się jej, że na jej serce spadło coś ciężkiego. Na uśmiechnięte, od wielu dni po raz pierwszy szczęśliwe serce.
Rozdział szósty, w którym nieustraszona dziewoja wyprawia się do jaskini smoka
Ewcia, siedząc przy otwartym oknie swojego pokoiku, który się znajdował na tej samej wysokości geograficznej co i pracownia Jerzego, zanurzyła się w zadumę jak w ciemne, styksowe75 wody. Smętny stan jej ducha nie miał wprawdzie wpływu na lekkomyślny i zuchwały zarys jej nosa, na czole jednak usiłował wyorać dwie bruzdy. Starzy filozofowie mają zawsze pomarszczone czoła, młode panny jednakże ulegają tej katastrofie jedynie w najwyższej rozterce ducha, gdy na nie spada jastrząb troski, czad melancholii, sadza smutku, puchacz rozpaczy i gdy owego niewyrośniętego ducha gryzie szczur rozterki. Zwyczajny kmiotek rzekłby, że Ewcia miała ciężkie zmartwienie tak zagmatwane, splątane i wymyślne, że byle jak, skróconym sposobem wyrazić tego niepodobna. Od trzech dni pociemniało w jasnym domu, wszystko w nim zbladło i przycichło. Tak nagle milknie wszystko w domu, w którym ktoś jest śmiertelnie chory. Pani Zawidzka wychodziła rano, wpadała z powrotem w porze obiadu, znowu wychodziła i powracała dopiero wieczorem — znękana, straszliwie znużona i jak gdyby poszarzała. Długo w noc wiodła ściszone rozmowy z synem. Jerzy też wypadał jak gdyby na nagłe wyprawy, czasem rozmawiał przez telefon, głośno wykrzykując na początku rozmowy, niezmiennie jednak kończył ją głosem złamanym. Wczoraj sprowadził dorożkę, umieścił w niej sześć obrazów (Ewcia policzyła je pilnie) i wyjechał z nimi na całą połowę dnia.
Gdy powrócił, pomyślała z rozpaczą:„Pan Jerzy nie sprzedał ani jednego obrazu. Nawet tej cudownej brzozy...”.
Zrozumiała z właściwym sobie sprytem, że jakaś pieniężna klęska wisi nad domem. Zrobiło się jej strasznie. Przecież ona korzysta z niewysłowionej dobroci tych ludzi, a oni się szamocą i zmagają z jakimś niedostatkiem. Sprawa musi być ciężka. Widziała niejednokrotnie wspaniałe szalbierstwa cioci Halickiej, kiedy w pięcie pończochy używanej jako skarbonka ukazywało się dziurawe dno. Było to smutne, lecz nie było straszne. Sprawa Zawidzkich wygląda nawet we mgle domysłów na tragedię, z której nie podźwignąłby się żaden finansowy geniusz cioci.