— A może... Może chociażby w części...
— Nie rozumiem!
— Ale ja rozumiem. Panie Jerzy kochany! Czy ja mogę mówić otwarcie?
— Bardzo proszę, ale cóż Ewcia...
— Więc będę mówiła. Bo ja nie mogę patrzeć... Płakać mi się chce na widok pani Zawidzkiej.
— Może i na mój widok też? — usiłował mówić żartobliwie Jerzy.
— A żeby pan wiedział! Wygląda pan jak po ciężkiej chorobie. Panie Jerzy! Ja wiem, że idzie o pieniądze! — wykrzyknęła Ewcia niemal z rozpaczą.
— Przypuśćmy. No i cóż z tego? Niech Ewcia idzie do ogrodu i i policzy róże. Albo niech zobaczy, kto się tam sprowadza. Widziałem jakąś pannicę... A o tamtych sprawach nie mówmy!
— A właśnie że będziemy mówili. Chyba, że mnie pan wyrzuci przez okno. Niech się pan tak nie marszczy, bo ja się nie boję i jest mi wszystko jedno. Słyszy pan, mnie jest wszystko jedno!
— Niechże Ewcia tak nie krzyczy, bo słychać na całą ulicę. Więc o cóż idzie? — dodał nieco opryskliwie.