— Idzie o to, że ziarnko do ziarnka...
— Czy Ewcię głowa boli? Co znaczy to „ziarnko do ziarnka”?
— To znaczy, że ja nie wiem, ile państwu trzeba pieniędzy. Ale pomyślałam sobie, że jeśli się wszyscy złożymy... Jeśli każdy, razem z kucharką, da, ile może, to się coś z tego zrobi. Przecież ja wyraźnie mówię... Niech się pan na mnie nie gniewa... Ja mam trzydzieści siedem złotych... Pamięta pan? Myślałam, że zgubiłam, ale się znalazły. Ach, i ten zegarek? Na co mi w lecie zegarek? Dobrze, że sobie przypomniałam o nim... O, niech pan tak na mnie nie patrzy... Przysięgam, że nie mam więcej! Ja wiem, że to śmiesznie mało, ale gdyby tak grosz do grosza... Aha! Ja mam bardzo zamożną koleżankę, która mi chętnie pożyczy nawet dwadzieścia złotych. Mogę sprzedać książki... A wie pan co? To będzie naprawdę świetnie! Nasze meble są w składzie do powrotu do tatusia. Ja je sprzedam! Nie są wprawdzie zbyt wspaniałe, ale jest tego mnóstwo. Zrobione! A tymczasem niech pan weźmie pieniądze i niech pan sprzeda ten zegarek.
Szybkim ruchem położyła na stole biedniutką portmonetkę i jeszcze szybszym ściągnęła z przegubu mizerny przyrząd do mierzenia wieczności.
Jerzy słuchał zdumiony i z równym zdumieniem patrzył. Obiema rękami oparł się o stół i spoglądał na nią z dziwnym spojrzeniem. Ewcia była czerwona ze wzruszenia i bliska płaczu z wielkiej trwogi. Rzekła cichutko:
— Może mnie pan nawet zabić, ale to pan wziąć musi.
— Dziecko drogie... — mówił Jerzy głębokim głosem — dziecko drogie...
Słowa te były takie jakieś okrągłe jak łzy.
— Więc pan się na mnie nie gniewa? — spytała nieśmiało.
Jerzy usiłował uśmiechnąć się, lecz nie mógł i wyprawiał z miłą gębą rozmaite sztuki. Czynił to przez dłuższą chwilę, zanim powiedział: