— A dlaczegóż by nie? Jeśli mu w ciągu pięciu dni nie przyniosę dwóch tysięcy, a potem ośmiu, trzeba będzie... Nie ma czym mówić. Trudno! Mierzyłem siły na zamiary i dostałem po łbie.
— Czy nie można byłoby uprosić tego pana?
— Nie. Ze mną nie chce gadać, a mojej matki wczoraj też nie przyjął. To naprawdę twardy człowiek.
— I bogaty?
— Bardzo bogaty i sam jeden na świecie. Zgorzkniały i smutny. Ma jakiś żal do wszystkich i tak jest wpatrzony w pieniądze, że nigdy nie spojrzy na coś, co ich nie przypomina. W tym wypadku jednak tkwi jakiś mroczny zamysł. Czasem na ten temat nachodzą mnie złe myśli. Nie chciałbym krzywdzić nikogo niesłusznym posądzeniem, niekiedy jednak takie mam wrażenie, że on kupił nasz dług w nadziei, że nie będziemy mogli oddać. Jak gdyby chciał nas mieć w ręku... Zawsze był niemile zdziwiony, ile razy przynosiłem mu część długu. Ale to chyba moje przywidzenie...
— I co teraz będzie?
— Czy ja wiem? Mama biega w poszukiwaniu pieniędzy, ja dzwonię do wszystkich handlarzy, znajomych i nieznajomych. Nikogo już prawie nie ma, bo lato się zaczęło. U kilku byłem osobiście z obrazami...
— Wiem. Pan woził sześć obrazów... I tej ślicznej brzozy nikt nie chciał kupić?
— Nie chciał. Ten obraz jest wart między braćmi tysiąc złotych, gdyby bracia kupowali obrazy. Chciałem go sprzedać za trzysta. Nie udało się...
— O Boże jedyny! To jest straszne... A może pan Mudrowicz wziąłby obrazy?