— A jemu to na co? W jego mieszkaniu wisi litografia, którą sobie wyciął z jakiegoś pisma, i dwie stare fotografie. Teraz, Ewuniu, wiesz wszystko. Ha, trudno. Mamy mi tylko strasznie żal. Ten dom to jej cała radość, a wiele jej w życiu nie miała, biedactwo. Od razu nas stąd nie wyświęcą, ale wreszcie trzeba będzie wziąć kij pielgrzymi.
— Żadnej, żadnej nadziei?
— Odrobina. Trochę pieniędzy już mamy, poza tym może się jeszcze matce uda dzisiaj coś pożyczyć. Pojechała na wieś do przyjaciółki.
Ewcia zmarszczyła czoło na sposób najtęższych filozofów. Ważyła coś we wspaniałej duszy, wreszcie powiedziała przenikliwym szeptem spiskowca:
— Czy pan mi powie, jak się mamie udało?
— Mogę dziewczynce powiedzieć. Ale czy to dobrze, że ja to w ogóle powiedziałem?
— Bardzo dobrze! Ja sobie teraz pójdę i będę myślała...
— Nad czym?
— Wszystko jedno. Będę bardzo myślała. Potem się będę modliła. Do widzenia, panie Jerzy!
— Do widzenia, drogie dziecko. Podaj mi rękę. Jesteś zacna kobiecina... Wiedziałem, kogo gonić po ulicy. Aha! Jutro będzie Ewunia sama w domu, bo oboje z mamą pójdziemy na dalsze poszukiwania.