— Doskonale!

Z wypiekami na twarzy i ze srogą, ciężką tajemnicą w duszy wymknęła się Ewcia do swego pokoju, aby mroczne sprawy w mrocznej rozważyć samotności.

Pod wieczór usłyszała skrzypnięcie furtki i kroki na ogrodowej ścieżce.

„Pani Zawidzka wraca!”, pomyślała gorączkowo. „O Boże!”.

Zobaczyła ją dopiero wieczorem i spojrzawszy na jej twarz, drgnęła. Nie potrzeba już było beznadziejnego znaku Jerzego, aby pojąć, że wyprawa była daremna. Pani Zawidzka była bardzo zmęczona i niemal wyczerpana, starała się jednak uśmiechnąć. Ewcia czuła, że coś ją ciśnie za gardło i że się za chwilę rozpłacze. Nie mogła przełknąć jedzenia, które jej się wydało gorzkie. Widziała, jak Jerzy spogląda na matkę ze wzruszoną troską i z przejmującym smutkiem. Rozmowa chwiała się niepewnie, jakby słowa były bezsilne.

Niespodziewana wizyta przyniosła im nieco ulgi. Przyszedł pan Szymbart, który przyniósł Ewci list od ciotki. Bardzo był przejęty i wciąż się kłaniał. Ciągnąc za włosy wyrazy, zdołał powiedzieć, że pani Szymbartowa wynalazła dla Zosi nowe, wyborne lekarstwo, które jej doradziła pewna roztropna przekupka. Medykament jest niepospolicie prosty, gdyż należy posiekać drobno dwa śledzie, rozgrzać je na patelni i przykładać na noc do chorych piersi dziewczyny. Ma to wybornie działać na prężność płuc i wywołuje gwałtowne poty; sól zawarta w śledziach posiada też moc dobroczynną.

— Czy nie lepiej by było wezwać lekarza? — zapytała pani Zawidzka.

— Oczywiście — rzekł nieśmiało pan Szymbart. — Ale żona moja boi się lekarzy. Powiada, że naturalne środki mogą zdziałać cudy, a dopiero z lekarzem wchodzi do domu choroba.

— A cóż pan na to?

— Ja? — zdumiał się pan Szymbart. — Ja się nie liczę. Moja żona ma nade mną niejaką przewagę wymowy.