— Ale tak nie można... Przecież zgubicie dziecko...
— Bóg je ocali — rzekł z powagą pan Szymbart. — A ja czekam takiej chwili, w której bym mógł wezwać lekarza. I uczynię to! Użyłem już dziesięciu sposobów, aby żonę wyprawić z domu na czas dłuższy, ale mi się dotąd nie udało. Ja wiem, że to straszne, proszę pani. Na ślepą miłość nie ma jednak rady. Nikt by nie uwierzył, że to wszystko jest możliwe, a jednak tak jest...
— Ja panu pomogę — rzekła z nikłym uśmiechem pani Zawidzka. — W tych dniach uczynić tego nie mogę, ale w najbliższej przyszłości zaproszę żonę pańską do siebie i do Ewci, a pan niech wtedy...
— Rozumiem! — zawołał pan Szymbart. — Tak się stanie! Czy to nie śmieszne, żeby w dwudziestym wieku leczono biedne dziecko posiekanym śledziem? Ale ja się postawię! Daję pani słowo, że się postawię. Mam tego dość!
— Nareszcie! — mruknął Jerzy.
Pan Szymbart odchodził pokrzepiony na zwiędłym duchu i z gorącym zarzewiem buntu w zapadłej piersi. Ewcia odprowadziła go do furtki. Nagle chwyciła go za rękę i zaczęła szeptać:
— Panie Szymbart! Mam do pana wielką prośbę, ale niech się pan nie zdziwi!
— Mnie już nic nie zdoła zdziwić na tym świecie. Skoro mnie nie zdziwił śledź na gorąco...
— Niech pan mówi ciszej. Nie trzeba, żeby nas słyszano.
— Oj! — zdumiał się pan Szymbart niezwykle treściwie.