— Czemu ma pachnąć kryminałem?

— Albo ja wiem? Ty, dziewczyno, masz czasami straszliwe pomysły.

— To uczciwa sprawa! — szepnęła Ewcia z oburzeniem.

— Dzięki Bogu! Wprawdzie w więzieniu miałbym odrobinę spokoju, ale lato zapowiada się upalne. Więc o dziesiątej. Dobrze! Gdybym w nocy nawet umarł, to na rano zmartwychwstanę. Do widzenia!

Ewcia miała noc niespokojną, bo myśli jej krążyły obłąkanym lotem nietoperzy. Leżała z otwartymi oczami, gadając sama ze sobą przyciszonym głosem, jak ktoś, kto przygotowuje wielką mowę, którą ma wygłosić nazajutrz. Późno już było, lecz na dole jeszcze się nie ułożono do snu, na ogrodowej ścieżce bowiem jaśniała blada smuga światła z rozjarzonych okien. Ewcia usnęła wreszcie z myślą o dwojgu najlepszych ludzi, nad którymi w dzień kryształowo-błękitny zawisła ciężka chmura.

Obudziło ją ciche pukanie do drzwi.

— Ewciu — mówił Jerzy za drzwiami stłumionym głosem. — Czy Ewcia śpi?

— Nie, nie! Słucham.

— Ewcia wie, że się nie udało... Teraz ja z mamą wychodzę i nie wiem, kiedy wrócimy. Proszę pilnować domu i odbierać telefony. Gdyby dzwonił pan Mateusz... Ale to niemożliwe. W każdym razie proszę zapisać, kto dzwonił. Dobrze?

— Dobrze, panie Jerzy!