— Więc do widzenia.
— Zaraz, zaraz, jeszcze jedno. Niech pan poczeka!
Uchyliła drzwi i szepnęła:
— Proszę pana, a co ja mam robić, gdyby kto przyszedł i chciał kupić obrazy?
— Co takiego? — zaśmiał się Jerzy smutno. — Sprzedaj wszystkie!
— Pan mi pozwala?
— Pozwalam, obłąkana dziewojo, pozwalam! Bądź zdrowa, bo mama woła.
Ewcia zaczęła odziewać się gorączkowo i szybko zbiegła na dół. Porwała książkę telefoniczną i szybko przerzucała kartki.
— Aha, jest! — szepnęła.
Przeczytała kilka razy bardzo uważnie, jak gdyby chciała sobie zapamiętać jakiś adres. Poszła potem do kuchni, gdzie dobrotliwa, z zatłuszczonym sercem kucharka tłumaczyła gorąco Rolmopsowi, że tak złodziejskiego psa nie spotkała w wędrówce żywota. Jednakże z zadowolonego jej oblicza i z przyjemnie uśmiechniętej psiej mordy można było wywnioskować, że para ta żyje w przykładnej zgodzie, albowiem łajdacki i nad wszelki podziw mądry kundel wniósł wiele urozmaicenia w nudny żywot kuchni. Ewcia oznajmiła dobrotliwej niewieście, że musi wybiec w pilnej sprawie i pozostawia dom na jej roztropnej głowie; ponieważ zaś dobrotliwa niewiasta zgodziła się chętnie na ułożenie tego ogromnego ciężaru na wskazanej części ciała, dziewczyna pobiegła na górę do pracowni. Zastanawiała się długo i głęboko. Napracowała się ciężko, przestawiając obrazy, wybrała wreszcie dwa dużych rozmiarów: ową brzozę, którą uwielbiała, i huculską dziewczynę, która, odziana w przebogaty, barwny strój, patrzy w dal wzrokiem pełnym słodkiej, tęskniącej za czymś zadumy.