— To są arcydzieła! — powiedziała sama do siebie; związała je i z trudem zniosła na dół.
Za jakąś godzinę miał się zjawić pan Szymbart, czas ten jednak dłużył się Ewci nieprawdopodobnie. Dziewczyna biegała od okna do okna, siadała i wstawała. Usiłowała zjeść śniadanie, ale nie mogła.
„A może by się pomodlić?”, pomyślała.
W chwilę potem klęczała przed obrazkiem św. Tereski78 i modliła się jakąś dziwną modlitwą, która była krótką i pogmatwaną historią zmartwień pani Zawidzkiej i gorącym wyrazem nadziei, że przecież taka cudowna święta, jak Tereska, nie dopuści do niesłychanej nieprawości, którą chce wyrządzić niejaki pan Mudrowicz. Nazwisko to Ewcia wyszeptała dobitnie i wyraźnie, aby nie było pomyłki, gdyż pani Zawidzka mogła mieć inne zmartwienia — to jednak było na pierwszym planie. Inne mogą poczekać. Na wszelki wypadek powtórzyła tę niezwykłą modlitwę kilka razy. Co pewne, to pewne. Podniosła się z klęczek znacznie spokojniejsza i za chwilę pobiegła otworzyć furtkę panu Szymbartowi, który z punktualnością pośpiesznego pociągu zajechał przed dom.
— Jestem, jak widzisz! — rzekł zgoła niepotrzebnie, bo i on był, i Ewcia widziała.
— Bardzo panu dziękuję. Bardzo! Teraz musimy sprowadzić auto.
— Auto? Patrzcie, patrzcie... To my mamy jechać? Doskonale! Czy zastanowiłaś się jednakże, Ewciu miła, że tyko pogotowie wozi ludzi za darmo, a tak się jakoś złożyło, że ja w tych czasach...
— Ja mam pieniądze — rzekła Ewcia z pośpiechem. — Zresztą nie pojedziemy daleko.
— A dokąd to mamy jechać? — pytał pan Szymbart ostrożnie.
— To jest wyprawa tajemnicza! — odpowiedziała Ewcia cicho.