— Przezorny jegomość. Teraz ja z nim pogadam.
Malarz okazał wielkie zadowolenie, usłyszawszy, że mu pan profesor chce pokazać galerię portretów w „bawialni”. Szedł przodem, rzucając spojrzeniem na wszystkie strony.
— Oto moi przodkowie! — rzekł pan Gąsowski.
W tej chwili pomyślał:
„Coś ty, bratku, pilniej patrzysz na drzwi niż na malowidła”.
Udając, że wcale tego nie zauważył, wiódł go od obrazu do obrazu, aż wreszcie stanęli przed niedokończonym jednookim stworem.
— Ach! — zawołał staruszek. — Wie pan, co mi przyszło na myśl? Pan jest malarzem i ma pan ze sobą farby... Czy nie mógłby pan domalować oka temu zacnemu człowiekowi?
— Mógłbym... oczywiście... To przecie drobiazg... — odrzekł tamten. — Źle bym to jednak wykonał... Nie miałem nigdy do czynienia z portretami... Ja maluję krajobrazy.
— Wielka szkoda! — niemal radośnie rzekł profesor. — Wielka szkoda! Najbardziej zmartwi to mego pradziadka, co od stu lat czeka na drugie oko. Czy pan zechce obejrzeć sobie sam te portrety?
— Z przyjemnością!