— To doskonale! — zawołał staruszek, jak gdyby tylko na to czekał.

Pozostawił malarza w „bawialni” i czym prędzej pobiegł na poszukiwanie Adasia.

— Nie będziesz wcale oglądał moich babek, tylko drzwi — mówił sam do siebie. — Oglądaj, oglądaj, ile wlezie... Dużo na nich wyczytasz! Piotrusiu! — zawołał, ujrzawszy Adasia. — Zdarłem z niego maskę. Miałeś słuszność. To nie malarz. To opryszek.

Mówił to z taką gorącą zapalczywością, że się Adaś uśmiechnął.

— Ledwie wszedł — łyp jednym okiem na jedne drzwi, a drugim na drugie. Myślał, kretyn, że ja tego nie widzę. Wybornie to odgadłeś: to jeden z szajki. Czy my ścierpimy, aby się w uczciwym towarzystwie wałęsał zbrodzień i łamał się z nami chlebem? Mówię to, oczywiście, pod figurą263, bo się wcale chlebem nie łamiemy, ale ja nie będę mógł siedzieć przy jednym stole z tym człowiekiem.

— Niech pan profesor wytrzyma, drogi panie profesorze! — prosił Adaś. — To niedługo chyba potrwa. On szybko spostrzeże, że niczego tutaj nie znajdzie, a może jego pobyt nam się na coś przyda.

— Dobrze! — rzekł staruszek z mocą. — Ty wiesz lepiej ode mnie, co należy czynić, ale zapowiadam ci, że mucha obok niego nie przeleci, abym ja o tym nie wiedział.

W domu było takie niepoliczone mnóstwo much, że się panu profesorowi szybko znudziło liczenie tych, co się wałęsały nad zbrodniczą głową. Fałszywiec nie dawał zresztą powodu do szczególnych podejrzeń: wałęsał się po domu, włóczył się po parku i zajrzał przez okno do rozpadającego się domku.

— Ciepło... ciepło... gorąco... — mówił Adaś do profesora, gdy z zacisznego zakątka obserwowali poczynania gościa.

— Spostrzegł, że w domku nie ma wewnątrz drzwi... Teraz pilnie ogląda drzwi u wejścia... Widzisz?