— Bądź spokojny, Wandzia nie jest w ciemię bita!

Wzdrygnął się Adaś na samą myśl o tym, że ktoś mógłby grubą pałką bić w ciemię fiołkowooką.

— Udawajmy — mówił profesor — że nas jego rozmowy nie obchodzą. Niech sobie gada, ile chce.

Zbliżyli się, niby z leniwej powracając przechadzki. Fałszywy malarz spojrzał na Adasia spode łba, czołobitnie skłoniwszy się profesorowi. Zwróciwszy się do panny Wandy, rzekł powiewnie:

— Nigdzie nie widziałem tak pięknych chmur jak te, co w tej chwili lecą po niebie. Na przyszłe lato zjadę w tę okolicę, aby ją namalować.

— Chmury poczekają, oczywiście — mruknął profesor, wzruszając ramionami. A głośno dodał: — A czy pan już wyjeżdża?

— Jutro, panie profesorze. Odpocząłem znakomicie...

— A w nocy dobrze pan tutaj śpi? — zapytał ni stąd, ni zowąd Adaś.

— Dlaczego miałbym spać źle? — zapytał gość, patrząc na niego podejrzliwie.

— Bo nam myszy nie dają spać. Wciąż gryzą drzwi...