— Ale niegrzeczny opryszek — mówił Adaś. — Nie umiał ukryć złości, że jego wyprawa spełzła na niczym, i tego też nie umiał ukryć, że to on, a nikt inny, rozbił mi łeb.

— Ależ on panu grozi, Adasiu! — zawołała z przestrachem i dziewczyna.

— Ja wiem o tym — odrzekł Adaś z powagą. — Stracił panowanie nie nad sobą. I on, i jego wspólnicy zaczną teraz zapewne jakąś gwałtowną wojnę. Dowiedzieli się przez nieszczęśliwą wzmiankę ojca pani o mojej głowie, że ja w całej sprawie gram jakąś rolę, i zwrócą całą uwagę na mnie.

— O Boże! — szepnęła dziewczyna.

— Ale ja się będę strzegł! — rzekł Adaś z pośpiechem. — Ten jegomość jutro nas opuści, a do jutra nic się chyba nie zdarzy.

— Ale czemu nie odchodzi on już dzisiaj? — zapytał profesor.

— Nie wiem. Może będzie skrobał jeszcze jakieś drzwi. Niepokoją go zapewne jedyne, do których nie miał dotychczas dostępu: drzwi w pokoju pana Gąsowskiego, gdyż ojciec pani zamyka je na noc na klucz, a we dnie nie opuszcza swojej pracowni. Panie profesorze! Czy nie mógłby pan w tej chwili wywołać pana Gąsowskiego?

— Po co?

— Indywiduum jest w domu. Skoro ujrzy, że pan Gąsowski niespodzianie opuścił swój pokój, skorzysta z dobrej sposobności. Pomóżmy mu! Niech się przekona, że i tam też nic nie znajdzie!

— A czy nie lepiej utrzymać go w niepewności?