— Wieczorem — odpowiedziała pani Niemczewska.

Adaś rozmyślał gwałtownie, po czym rzekł:

— Proszę pani, czy ja nie mógłbym pani pomóc?

— Och! — zawołała panienka. — Z nieba pan spadł.

— Pan jest zmęczony — mówiła pani Niemczewska. — Możesz to zrobić sama. List jest krótki.

— Tym prędzej go przetłumaczymy! — rzekł Adaś z gorączkowym pośpiechem. — Ja znam dość dobrze język francuski, a czego ze starego języka nie zdołamy przetłumaczyć, tego się we dwoje domyślimy. Namiętnie zresztą lubię stare szpargały.

Nie mógł się doczekać końca obiadu: przestał jeść, jak gdyby się lękał, że wszystko wypadnie mu z drżących rąk. Ponieważ przy stole panował rejwach295, więc nie był zmuszony do brania udziału w rozmowie. Miał czas na rozważania.

„Więc tak się stało, jak myślałem: opryszki wyłudziły list od Francuza albo zabrały go przemocą. Nie może to być list inny. Ale co zrobili z nim samym? Co za przypadek, co za szczęśliwy przypadek... Och, kiedyż skończy się ten obiad?”

Obiad długo nie chciał się skończyć, tym bardziej że omal nie przyszło do bitki pomiędzy piegowatym dryblasem i małym, zadzierzystym chłopaczkiem, który wołał siedmioma głosami, że został nikczemnie skrzywdzony przy podziale leguminy296, porwanej przez zachłannego dryblasa. Krzyki umilkły wtedy dopiero, gdy naturalne źródło opętanego wrzasku — gęba chłopaczka — zostało wypełnione, jak otwór w murze cementem, słodką i lepką substancją. Wreszcie zbójecka kongregacja297 rozbiegła się na dziesięć stron świata (bo czterech dla tak licznego zespołu byłoby za mało), panna westchnęła w poczuciu bezmiernej krzywdy i powiodła Adasia do swego pokoju.

— O, tu jest ten szpargał — rzekła niechętnie.