Adaś nie mógł długo patrzeć na nocne przedstawienie w zaczarowanym teatrze, musiał bowiem uważać pilnie na to, co czyni „czarny charakter” tego teatru, czający się za kulisami.

„Czarny charakter”, napatrzywszy się przez chwilę wodzie, ruszył powoli w stronę domu, a Adaś za nim. Nieznajomy podjął315 jakąś gałąź i trzykrotnie zapukał nią w oświetlone okno. Ukazał się w nim chiński cień316 wysokiej ludzkiej postaci i zniknął. Po chwili skrzypnęły drzwi i zostały zatrzaśnięte.

„Co robić?” — rozważał Adaś.

Bał się zbliżyć ku domowi. Nie znał terenu i mógł w zwodniczym świetle księżyca wpaść w jaki dół lub zdradzić się w inny sposób. Nie wiedział, czy tu gdzie nie ma jakich czuwających w mroku ludzi. Dom stał wprawdzie w odosobnieniu, za drzewami jednak bieliły się inne zabudowania, skąd mógł ktoś nadejść niespodziewanie. Trzeba było, poczynając sobie najostrożniej, dowiedzieć się, jak wygląda ten drugi, co się niewyraźnym cieniem zaczernił na szybach. Być może, że jest tam ktoś jeszcze. Po niedługim namyśle Adaś postanowił nie dowierzać nocy i z wszelkim działaniem zaczekać do świtu, kiedy będzie mógł w dziennym świetle zapoznać się dokładnie z terenem. Teraz może ważyć się na jedno: może się wspiąć na drzewo i zajrzeć do wnętrza domu, aby ich przynajmniej policzyć i dowiedzieć się, czy Francuz, którego pozna z opisu — niepozorny, z małym wąsikiem, szczurzy wyraz twarzy — jest jeszcze z nimi. Byłaby to wiadomość cenna: czy wspólnicy działają już na własną, mocno niezgrabną rękę, czy też dowodzi nimi sprytny człowiek, co umiał odgadnąć skróty tajemniczych znaków z listu napoleońskiego oficera?

Podpełznął, jak tylko mógł najbliżej, ku domowi, i upatrzywszy sobie odpowiednie drzewo rosnące tuż naprzeciw okna, wdrapał się na niewielką wysokość. Siadł okrakiem na najniższym konarze i ostrożnie rozgarnął gałęzie, z których księżycowa poświata opadła jak srebrna rosa.

W izbie siedziało dwóch ludzi przy trzech świecach.

„Indywidua nie pochodzą z tych stron — pomyślał Adaś z uśmiechem. — Tutejsi ludzie nie odważyliby się przenigdy palić trzech świec równocześnie, gdyż ktoś wtedy musi umrzeć. Zobaczymy, kto to taki? Aha! »Malarz«, oczywiście... Tego drugiego nie widziałem nigdy”.

Ten drugi był ludzkim szkieletem, chudym i kościstym; gdyby nie skóra i odzienie, mógłby bez charakteryzacji udawać śmierć w szopce. Widać było wyraźnie, jak mu się porusza grdyka, tak ostro w przód wysunięta jak kość na piersi ptaka. Przysłuchiwał się pilnie temu, o czym z gwałtownymi ruchami rąk opowiadał fałszywy malarz. Widać było, jak ten wyjmuje z kieszeni papier z pismem Adasia i jak powoli czyta. Musiał dobrnąć do ustępu z tajemniczymi znakami, gdyż przerwawszy czytanie, pokazał papier chudeuszowi, któremu Romeo317 z dramatu Szekspira byłby rzucił pieniądz z okrzykiem: „Masz, idź, ubierz się w mięso!”318. Szkielet z latającą grdyką wziął papier w ręce, zbliżył go do świecy i patrzył w niego baranim spojrzeniem.

— Nie dacie rady, robaczki! — szepnął Adaś. — Aha! Chudy rozkłada ręce, jak gdyby chciał rzec jak Faust u Goethego319: Da steh ich nun, ich armer Tor, und bin so klug, als wie zuvor! — „Tkwię tu, nieszczęsny głupiec, tak samo mądry teraz, jak i wprzódy!”320 O, malarz wściekł się... Tłucze ręką o stół... A co będzie teraz?... Chudy oddał mu list, bierze świecę ze stołu i coś gada... Wychodzą... Malarz nie schował listu do kieszeni, lecz trzyma go w ręce, jak gdyby go miał komuś jeszcze pokazać. Ale komu? Francuzowi oczywiście. Więc Francuz tu jest, ale w odosobnieniu... Być może, że w przykrym odosobnieniu.

W tej chwili jedna myśl zaniepokoiła Adasia.