„Jeżeli idą gadać z Francuzem, a pewne jest, że francuskiego języka nie znają, po jakiemu będą z nim rozmawiali i po jakiemu rozmawiali z nim do tej chwili? To ciekawe”.
Miał czas, aby się nad tym zastanawiać, gdyż obaj wspólnicy wyszli z izby ze świecą. Ponieważ jej światło nie wędrowało po domu i nie ukazało się w żadnym innym oknie, musieli pójść na tyły domu lub wyjść do jakichś bezokiennych zakamarków. Adaś czekał. Wrócą przecie, aby pogasić dwie świece pozostawione na stole. Czekał długo, może pół godziny, zanim wrócili. Na twarzy chudzielca, co niósł świecę, widać było w jej blasku wzburzenie i rozpacz. Znowu usiedli za stołem w milczeniu i jakby w rozmyślaniach; wreszcie szkieletowaty brat śmierci zaczął coś mówić gwałtownie i z gorącym zniecierpliwieniem, drugi słuchał uważnie, potakując od czasu do czasu. Przyjrzał się raz jeszcze uważnie listowi, po czym złożył go starannie i ukrył w kieszeni na piersiach. Chudy podniósł się, ziewnął i przemówił do towarzysza, na co tamten skinął głową.
„Idą spać!” — pomyślał Adaś.
Tak było. Zdmuchnęli jedną świecę, potem każdy z nich wziął inną i wyszli. Teraz światła zaczęły wędrować, rozbłyskując w coraz to innym oknie, wreszcie jedna przystanęła niedaleko, druga poszła nieco dalej. Po krótkiej chwili obie oddały nocy świetlistego ducha.
Adaś zsunął się z drzewa bez szelestu. Znużony był i przemokły od obfitych ros.
— Skoro opryszki śpią, powinien i człowiek uczciwy złożyć do snu głowę — rzekł do siebie. — Ale gdzie?
Najlepiej byłoby pójść do harcerskiego obozu i poprosić o gościnę, zameldowawszy się u tego żurawia, co pełni straż u wejścia do obozu. Nie trafi tam jednak po nocy, tym bardziej że księżyc posrebrzywszy szarość świata, usiadł na wędrującej chmurze i zapadł gdzieś za lasami. Czuwanie przez całą noc nie miało wielkiego sensu, dom bowiem z opryszkami nie ucieknie. Adasiowi kleiły się oczy. Dzień był mocno pracowity, a wieczór, połączony z utrudnionym wędrowaniem, jeszcze pracowitszy. Siedemnaście młodych lat zachłannie łaknie snu. Rzymianie pozostawili receptę dla młodego wieku: Septem horas dormire puero sat est... — „Wystarczy chłopcu siedem godzin snu”. Adaś nie miał nawet takich wymagań; wystarczyłyby mu trzy, cztery godziny, byle miał jakie takie uczciwe schronienie. Hotelu Europejskiego321 nie było w pobliżu. Trzeba będzie albo znaleźć sobie legowisko w rozwidleniu konarów na rozłożystym drzewie, jak nasi przodkowie z epoki kamiennej, albo zaszyć się w zarośla i przespać noc na posłaniu z liści, co się zwykle długo pamięta, taka noc bowiem przypomina się w przyszłości wesołym łamaniem w kościach, co może być użyte jako podręczny barometr322.
Adaś patrzył długo bezradnym wzrokiem, wreszcie oddaliwszy się cokolwiek od domu, ujrzał na wpół rozwaloną budkę: na kilku wykrzywionych patykach rozmierzwiony i przez wiatr pokąsany daszek ze zbutwiałej słomy. Wewnątrz leżało nieco steranego323 siana. Na dłuższy pobyt przybytek ten nie zdałby się i psu324, na kilka godzin jednakże letniej, ciepłej nocy był wystarczający. Wczesny świt wejdzie w ten pałac z promienistym krzykiem i wcieknie przez dziurawy daszek, nie ma przeto obawy, aby Adaś zaspał na kamień. Bez namysłu wczołgał się do zamokłego hotelu i legł na ziemi, znacznie się tym pocieszywszy, że fakirzy325 hinduscy z niepojętą przyjemnością śpią na wyszczerzonych gwoździach. Przez otwory w daszku widać było gwiazdy, a przez „wejście” poszarzałą śpiącą wodę. Jakaś zawzięta żaba, nie mogąc usnąć, nadmiernie tęsknym rozkwakanym głosem nawoływała księżyc; czasem wodny ptak zahuczał w sitowiu, gdy mu się przyśniła ryba. Adaś przez niedługą chwilę nasłuchiwał tych głosów, potem głowę jego mołojecką sen owinął w czarne miękkie chusty.
Zdawało mu się, że spał króciutko, gdy go opadły złe i charczące głosy. Zerwał się, przerażony, z grubym potem na czole.
„Psy!” — pomyślał z rozpaczą.