Dokoła budy skakały konwulsyjnie trzy ogromne psiska, rozżarte i opętane, czyniąc wrzask okropny i zajadły. Ogarnęła go bolesna rozpacz; nie miał czym się bronić, bał się poruszyć. Uciec nie można było, bo ledwie wyskoczy z budy, zostanie rozerwany na strzępy, nie może wołać pomocy, bo wywoła nie pomoc, lecz jakąś okropność. Zaczął dygotać z trwogi i rozpaczy. Czuł, że łzy napływają mu do oczów. Otarł je szybko i zacisnąwszy szczęki, rozmyślał gorączkowo nad sposobami ratunku. Co może zdziałać przeciwko trzem brytanom326, dotąd zapewne zamkniętym, a niedawno spuszczonym na noc z łańcucha? W rozdygotanym przerażeniu wyrwał z ziemi patyk, podtrzymujący dach budy, i wysunął go przez otwór jak kopię. Najsroższy z psów chwycił go z zajadłością i strzaskał zębami. Z kością ludzkiej nogi uczyni to samo.

W Adasiu zmartwiało serce.

— Jezus Maria... Jezus Maria... — szeptał gorączkowo

Po głowie zaczęły mu latać myśli tak czerwone, jakby były okrwawione.

„Zerwę dach z budy... Nim się okryję... Skoczę do wody... Zanim dotrę do wody, poranią mnie, ale może nie zagryzą... Ratuj mnie, Matko Boska!”

Z nagłym, jakby stężałym spokojem, z ponurą, czujną zawziętością gotował się do wykonania beznadziejnego planu, gdy wtem usłyszał pomieszane liczne głosy i zniecierpliwione nawoływania. Pomyślał z rozpaczą, że nie wiadomo, co teraz będzie gorsze: psy czy ludzie?

Zwierzęta, posłyszawszy znany sobie krzyk, pofolgowały z rozwścieklonej złości. Jakiś człowiek nadbiegł pośpiesznie, wołając psy po imieniu.

„To ktoś inny! — pomyślał Adaś z ulgą. — To nie oni!”

Nie śmiał jednak zagadać.

Niski, garbaty mężczyzna odpędził psy ogromnym kijem i zajrzał ciekawie do wnętrza budy, a ujrzawszy skuloną postać, zdumiał się niepomiernie.