— Pójść? A dokąd? Teraz, po nocy?

Widać było, że gada, żeby gadać, ale myśli o czymś innym i jakby na coś czeka.

W tej chwili obejrzał się, a w Adasiu dusza zamarła: drzwi domu skrzypnęły i dwie z nich wyszły postacie.

— Tutaj, tutaj! — zakrzyknął garbus.

W porywie rozpaczy Adaś wydobył się z budy i uskoczył w bok, lecz usłyszawszy wysoki, nagły skowyt psów, znieruchomiał. Czuł, jak w nim serce omdlewa. Zacisnął zęby i czekał, blady, z grubymi kroplami potu na czole. Osłabnął tak, że już by nie mógł uczynić kroku: trwoga, podstępnie podpełznąwszy, chwyciła go za gardło, w którym poczuł nieznośną, dręczącą, drewnianą suchość.

— Co się tu dzieje? — spytał cichym głosem chudy człowiek podobny do śmierci.

— Nic nadzwyczajnego! — odrzekł pogromca psów. — Ten przyjemny młodzieniec spał w budzie i psy go wytropiły.

— I nas zbudziły. Niech młodzieniec idzie do stu diabłów, a my chodźmy spać.

— Za pozwoleniem! — zakrzyknął z radością fałszywy malarz. — Młodzieniec pójdzie do stu diabłów, ale jeszcze nie teraz... Ja znam tego ptaszka.

Pochylił się ku tamtym i coś im szepnął. Oni spojrzeli na chłopca z niezmiernym zdumieniem.