— Jakież miłe spotkanie! — krzyknął człowiek tak chudy, że mógłby być swoim własnym cieniem. — Witamy, witamy, szanownego pana! Spokojnie, młodzieńcze — rzekł ostrzegawczo, dostrzegłszy podejrzany ruch Adasia. — Psy dogonią cię, zanim uczynisz dwa kroki. I dokądże to będziesz gonił wśród ciemnej nocy? Nie wypada, aby przyjemny człowiek spał w lesie albo w rozwalonej budzie... Prosimy cię najuprzejmiej, abyś spędził noc w naszym zacisznym domu.

Słów tych nie wypowiedział ludzkim głosem, lecz je wysyczał jak żmija. Naigrawał się. Zbliżywszy się, spojrzał Adasiowi w twarz, jakby się chciał nacieszyć jej bladym, zrozpaczonym przerażeniem.

— Bierz go! — krzyknął zduszonym głosem fałszywy malarz.

Adaś zwinął się jak stalowa sprężyna i rozprężył się w błyskawicznym ruchu, lecz już długie ręce chudzielca owinęły się dokoła niego jak liany. Chłopiec poczuł, że ten ludzki cień posiada ogromną, żylastą, nieugiętą siłę; nie zdając sobie nawet sprawy z tego, że wołanie o ratunek będzie głosem wołającego na puszczy327, zakrzyknął bezwiednie głosem ogromnym, zrozpaczonym i przejmującym:

— Ratunku! Ratunku! Na pomoc! Na po...

Już nie mógł dokończyć słowa, bo ciężka goryla łapa fałszywego malarza zamknęła mu usta.

Trzech ludzi stłamsiło go i zgniotło. Odbyło się to wszystko pośród ciszy, jakby walczyły z sobą mocne bezszelestne widma.

Adaś czuł, że go niosą. W głowie mu szumiało, serce jego waliło jak młot. Nie mógł wydać głosu, bo ciężka łapa leżała wciąż na jego twarzy. Posłyszał skrzypnięcie drzwi i stukot nóg na podłodze. Po chwili postawiono go przemocą na nogi. Któryś trzymał go za kark, inny zapalał świecę.

— Zabierz psy i wynoś się! — rzekł chudy człowiek do garbatego. — Ktoś mógł usłyszeć wrzask tego panicza. My się tu nim zajmiemy... A ty zasłoń okno.

Fałszywy malarz ściągnął ze stołu jakąś tkaninę i rozwiesił ją pośpiesznie na oknie.