— A teraz pogadamy, rozkoszny kawalerze... — mówił niskim, dygocącym z irytacji głosem. — Jeśli się ruszysz, będzie to twój ostatni ruch... Jak tu trafiłeś?

Adaś stał blady i na wszystko gotów.

— Przypadkiem — odrzekł po chwili namysłu. — Zabłądziłem...

— Czy i wtedy zabłądziłeś — wtrącił chudy — kiedyś usiłował podejść tego pana? Kiedy ci ten pan zostawił na łbie upominek?... Nie wyglądasz tak, przyjacielu, jak gdybyś łatwo mylił drogę. O, nie! Gadaj prawdę, po coś tu przylazł?

— Zabłądziłem — twierdził Adaś uparcie.

Nie mógł w oszołomieniu wymyślić niczego lepszego.

— Właśnie w te strony! — zaśmiał się nieprzyjemnie chudy.

Nagle urwał ten śmiech, przyjrzał się chłopcu zmrużonymi oczami i rzekł zdławionym głosem:

— Siadaj! A ty stań poza nim... Jeżeli się ruszy, zdziel go po głowie.

Adaś usiadł chętnie, gdyż nogi pod nim dygotały. Rozmyślał z rozpaczliwym pośpiechem nad tym, co im powie.