— Chłopcze! — mówiło chude widmo. — Bylibyśmy cię dostali w nasze ręce, nawet gdybyś nie był taki głupi i gdybyś nie przyszedł tu sam. Słuchaj! Możemy z tobą tak postąpić, że ślad po tobie nie pozostanie... Woda niedaleko. Ale my mamy czułe serca... Żal nam tak wybitnej młodości... Możemy zrobić interes. Przyrzekamy ci, że puścimy cię wolno — nie od razu, oczywiście — jeżeli bez żadnego krętactwa powiesz nam wszystko, o czym wiesz.
— Ja nie wiem o niczym... — odrzekł słabym głosem Adaś.
— Nie wiesz o niczym? Doskonale... A to znasz?
Podszedł do łóżka i wydobył spod siennika rękopis księdza Koszyczka.
— Znam... To są stare bajki.
— I dlatego czytałeś je długo w nocy?
Adaś wzruszył ramionami.
— Czytałem, lecz nic z tego nie rozumiem.
— To się jeszcze pokaże. Zresztą rzecz jest obojętna... Idzie o co innego. Daj mi list! — zwrócił się do drugiej figury. — Ja chłopaczka nie spuszczę z oczów. Posłuchaj, kawalerze! — mówił z udanym przymileniem. — Ty masz rozum... Coś cię musiało ogłupić, żeś tutaj zalazł, ale każdemu może się zdarzyć, że zbaranieje. Widzisz to pismo?
— Widzę...