— Więc przyszedłem tutaj, aby odnaleźć pana... — mówił Adaś.

— Mnie? Z tęsknoty? — zaśmiał się fałszywy malarz.

— Nie tęskniłem za panem — odrzekł Adaś. — Chciałem zażądać zwrotu tego rękopisu, który pan zabrał.

— Aha! A dlaczego nie przyszedłeś do domu, tylko czaiłeś się w budzie? Rozumiem... Rozumiem... Czekałeś okazji, aby się zakraść do domu. Przeszkodziły ci poczciwe pieski. Przypuśćmy, że to prawda... Słuchaj no, panie Adamie! Rękopis ten jest nam potrzebny chyba do chrzanu329... Możesz go mieć. Ale te znaki nam wyjaśnisz, słyszysz? Będziesz tu siedział tak długo, aż ci łeb uschnie, ale wyjaśnisz.

— Nie potrafię...

— O, ty wszystko potrafisz! Uczony młodzieniec, mądry młodzieniec... A my prości, poczciwi ludzie... Musielibyśmy pisać do Wilna albo do Warszawy i tracić czas. Co to dla ciebie? Pomyślisz, pomyślisz i odgadniesz... Poczekamy! Teraz, chłopaczku, pójdziemy spać, a ty z nami. Zwiąże się kawalerowi nóżęta, aby nie wędrował, bo znowu zabłądzi tam, gdzie nie trzeba.

Chudy nachylił się i coś szepnął towarzyszowi do ucha, a towarzysz skinął głową potakująco.

— Podnieś się, chłopczyno — rzekł z jadowitą słodyczą. — Musimy zbadać, czy nie masz przy sobie broni lub ostrych narzędzi w rodzaju scyzoryka.

— To gwałt330! — krzyknął Adaś.

— Z pewnością nie pieszczoty! — zaśmiał się opryszek.