Niespodziewanym ruchem chwycił ręce chłopca i wykręcił je w tył.
— Obszukaj go! — rzekł do chudeusza.
Człowiek-szkielet z latającą grdyką przebiegł ze zdumiewającą wprawą palcami po całym ciele Adasia i mówił tak, jakby wyliczał:
— Ołówek... notes... scyzoryk... mały kluczyk...
— Od walizki! — objaśnił fałszywy malarz. — Walizka wróciła do Bejgoły. Czy myślisz, luby Adasiu, żeśmy o tym nie wiedzieli?
— Portmonetka... chustka do nosa... jakiś papier...
— Papier? Pokaż no, przyjacielu! Papiery tego pana są zwykle bardzo zajmujące.
Adaś patrzył zrozpaczonym wzrokiem, jak malarz rozwija uważnie kopię tego listu, którą sporządził dla profesora.
— I cóż to takiego? — zapytał chudy.
Tamten nie odpowiedział, lecz powoli, bardzo powoli przeniósł spojrzenie z papieru na Adasia. Szczęki zadrgały mu z wściekłości, oczy zaświeciły jak u wilka. W przypływie nagłej furii nie mógł mówić. Zdawało się, że tak się skurczył i sprężył jak dziki zwierz przed skokiem.