„O mamo... o mamusiu!” — krzyknął w duszy Adaś, co miał już siedemnaście lat.
Fałszywy malarz błyskawicznym ruchem chwycił go za gardło.
— Puść go! — wielkim głosem wrzasnął chudy.
Równocześnie mocnym uderzeniem odtrącił ciężką łapę malarza.
— Puść go! — powtórzył już ciszej. — Zadusić go łatwo, lecz co potem? Nie pora na uroczyste pogrzeby. Zresztą ten młodzieniec nie zawsze będzie taki uparty i zapewne da się przekonać, że nie warto urządzać niemądrych awantur. Prawda, młody człowieku?
Młody człowiek, śmiertelnie blady, nie odpowiedział, myśląc z przestrachem o tym, że jeśli czułe palce chudeusza zaczną raz jeszcze poszukiwania, odnajdą i liścik pana Rozbickiego z wytłumaczeniem znaków. Wspólnicy nie dowiedzieliby się z nich więcej nad to, o czym już wiedzieli z poczciwej gadaniny księdza Koszyczka; byłoby jednak stokroć lepiej, gdyby czas dłuższy oddawali się ich wyjaśnieniu i wietrzyli głęboką niby-tajemnicę w tych znakach zamknioną. Człowiek-cień zaprzestał jednakże poszukiwań. Uspokoiwszy rozwścieczonego wspólnika, rozwalił się w leniwej pozie na krześle, zapalił fajkę i usiłował wieść rozmowę tak swobodną, jak gdyby Adaś należał do zażyłej kompanii.
— Widzisz, młodzieńcze, że z moim przyjacielem nie ma żartów, a ty do niego nie masz szczęścia. Mogło się skończyć morderstwem, chociaż nic łatwiejszego, żeby skończyło się zgodą. Wśród rozsądnych ludzi zgoda jest zawsze możliwa. Po co ta głupia wojna? Zróbmy uczciwy układ: ty coś wiesz i my coś wiemy; ty czegoś szukasz i my czegoś szukamy. Prawda? Szukajmy razem. Nie znajdziemy — trudno. Ale jeśli znajdziemy, podzielimy się po bratersku. Dobrze o tym wiesz, że ten oficer sprzed stu lat ukrył jakieś wielkie bogactwa, bo napisał o tym w swoim liście. Trzeba tylko do nich trafić. Nie ma takiej zagadki, której by nie można rozwiązać, więc i my ją kiedyś rozwiążemy, ale nie mamy czasu. Nam się śpieszy... Więc zróbmy tak: my pomożemy tobie, a ty pomożesz nam. Nas jest trzech, ściślej mówiąc: dwóch, jeden się nie liczy — ten, którego widziałeś z psami, bo on nam tylko prowadzi gospodarstwo... Ale i ja, i ten pan, który tak świetnie udawał malarza, ważymy się na wszystko. No i jakże? Przystąpiłbyś do spółki?
Adaś patrzył spode łba i nic nie odpowiadał.
— Nie chcesz? — mówił chudy, sącząc powoli słowa. — Trudno... Ale ja sądzę, że się namyślisz. Na upór są sposoby, najpierw łagodne i przyjacielskie, a później nieco nieprzyjemne. Zostaniesz tu, bracie, u nas, abyś miał czas zastanowić się nad uczciwą propozycją.
— Będą mnie szukali... — rzekł Adaś niepewnie.