Zamknął oczy i starał się usnąć. W tej chwili dopiero poczuł, jak jest śmiertelnie znużony; więcej go umęczyła rozmowa z tymi obwiesiami niż wszystko inne. A jutro historia się powtórzy. Obwiesie będą węszyli przez cały dzień, lecz niczego nie wywęszą i będą się starali wydrzeć cokolwiek z niego, choćby rozpalonymi obcęgami.

— Spać... spać... — mówił do siebie. — Do jutra daleko...

Przez chwil kilka walczył z widzeniami, co go zaczęły nachodzić tłumnie i roiły się w gęstej, zawiesistej ciemnicy, wreszcie jednak usnął niezdrowym, męczącym snem. Leżał na jakiejś słomie. Wstrząsały nim dreszcze, biegające po zdrętwiałych nogach. Musiał jednak spać przez kilka godzin, kiedy bowiem otworzył oczy, ujrzał od razu, że na wysokości człowieka, w pewnym oddaleniu przecieka przez jakąś szparę blade światło, jak woda, co się sączy przez szczelinę w kadzi.

„Tam muszą być drzwi! — pomyślał. — Szpara jest pod drzwiami... Kiedy mnie tu nieśli, wydawało mi się, że schodzą po kilku schodkach, więc drzwi są wyżej, a ja leżę w jakiejś piwnicy. Piwnica, a może lodownia332, znajdować się musi poza domem, bo niesiono mnie przez wolną przestrzeń... Pachnie tutaj zgnilizną starej kapusty... Dobrze, że nie ma szczurów. Och, jak mi ręce zdrętwiały!”

Usiłował przewrócić się na prawy bok, uczynił to jednak tak niezręcznie, że aż krzyknął z bólu.

W tym momencie wzdrygnął się i poczuł, że zimny pot oblał jego czoło: zdawało mu się, że usłyszał jęk. Wstrzymał oddech i zaczął nasłuchiwać.

— Kto tam? — zapytał zdławionym głosem.

Odpowiedział mu nowy jęk, już bardzo wyraźny, z mrocznego pobliża.

— Na Boga! Kto tam? — powtórzył gorączkowo.

Zaszemrały jakieś ciche słowa, jakby z największym wymówione trudem.