— Niech pan nic nie mówi... Cicho! Ktoś tu idzie!
Uczyniła się cisza, bo obaj wstrzymali oddech.
Adaś, udając, że śpi, patrzył zachłannym spojrzeniem w tę stronę, w której sączyło się światełko. Drzwi zaskrzypiały ochrypłym skrzypieniem, jakby wzięte na tortury, i wielkie światło pogodnego dnia wlało się do piwnicy. Adaś obejrzał ją jednym spojrzeniem: był to loch, wygrzebany w ziemi, bardzo ciasny i głęboki; sterczało w nim kilka spleśniałych beczek i leżała zbutwiała słoma.
W ramach drzwi ujrzał zarys ludzkich kształtów.
„Chudy człowiek! — przemknęło mu przez myśl. — Może go ruszyło sumienie? Czemu on takie zachowuje ostrożności?”
Żywy szkielet wyjrzał bacznie poza drzwi, przymknął je i bez szelestu zszedł do piwnicy.
— Dzień dobry ci, młodzieńcze! — rzekł bardzo cicho. — Żyjesz?
— Żyję — rzekł Adaś krótko.
— To dobrze. Nie mam wiele czasu... Śpieszę się. Powiem ci szybko, o co idzie, a ty natychmiast odpowiedz. Przyszedłem tu do ciebie w tajemnicy przed tamtymi. Ja mam dobre serce. Pamiętasz, że to ja cię ocaliłem, kiedy cię chciano udusić?
— Pamiętam.