W tej chwili Francuz westchnął ciężko i boleśnie.
„Pewnie mu się przyśniła Francja... Nieszczęśliwa figura! Ja siedzę tu zaledwie parę godzin i mam dość, a on siedzi ze trzy dni. Dobrze, że głos ludzki usłyszał... Która to może być godzina? Myślę, że już południe... Do nocy daleko, a noc będzie zajmująca”.
Zajmował umysł dziesiątkami pytań, na które szukał odpowiedzi. Wreszcie i to go znużyło, więc się skulił jak młody psiak i trwał w bezmyślnej nieruchomości. Odrętwiał na młodym ciele i na młodej duszy. Miał wrażenie, że wolna jego dusza wyleciała na boży świat przez szparkę pod drzwiami, a on został — sierota! — na wszystko nieczuły. Nie słyszał nawet sennych westchnień towarzysza.
Jakieś zmącone głosy obudziły go z odrętwienia: wielkie, jednostajne szumy, po których — jak po moście — dudniły zwaliste, potężne poryki.
Otrząsnął z siebie resztki snu na jawie i spojrzał przytomniej w stronę drzwi.
„Światło zgasło? — pomyślał. — Co to się dzieje?”
Szpara pod drzwiami rozbłysła nagłym, oślepiającym blaskiem, a zaraz potem głuchy grzmot oznajmił się światu, jak lew oznajmia rykiem, że wychodzi na łowy.
„Burza... Zdaje się, że grad wali o drzwi... Czy to tak od burzy pociemniało, czy też zapadł już wieczór?”
— Co się stało? — zapytał Francuz.
— Pioruny biją... Żadnemu jednak nie przyjdzie na myśl, aby rozwalić te przeklęte drzwi. Jakaś straszna burza... Cieszmy się jednakże! Mamy dach nad głową.