— Nie może iść! — odpowiedziano mu z kąta. — Trzeba go będzie nieść... Może są gdzie jakie nosze?
— Nie wiem! Nie ma czasu na szukanie... Prędko, prędko! Weźcie go, jak możecie, i nieście. Staszek! Ja muszę na chwilę do tego domu... Pomożesz mi?
— O przyjacielu! — zdławionym z radości głosem odrzekł Staszek Burski, ten, co w szkole siedział z Adasiem na jednej ławce i raz jeden miał piękne pismo.
Cichym głosem wydał jakieś polecenie swoim towarzyszom i ręką wskazał im kierunek.
— Dogonimy was! — szepnął. — Jazda... W nogi!
Czterech dorodnych dryblasów chwyciło Francuza na ramiona i wilczym krokiem pobiegłszy, zapadli w mrocznym gąszczu.
— Śpieszmy się... Boję się psów... — mówił Adaś, zadyszany. — Podtrzymaj mnie, bo jeszcze nie czuję nóg. O Staszku, o drogi Staszku! Sam nie wiesz... Ale o tym potem...
Podpełznęli ku tylnym drzwiom głuchego i milczącego domu.
— Pchnij te drzwi!
Burski rozpędził się i uderzył ramieniem w mizerne drzwi, które rozwarły się szeroko jak ziewająca gęba.