— Oczywiście! — rzekł Burski. — Tylko że to dłużej potrwa, ale za to będzie bezpieczniej. I tak się boję o łódź! Strasznie rzuca... I o obóz się boję, czy nie popłynął. Zostawiliśmy jednego na straży, ale nie wiem, czy sobie da radę. Ach, prawda! Adasiu... Czy wiesz, kto tam został?

— Skąd mogę wiedzieć?

— Szostak!

— A któż to jest Szostak?

— Boże miły! Ten, w którego księgach nitka udawała setkę.

— Nie może być! Jakbyście się zmówili... Chłopcy, bez gwałtownych ruchów!... A teraz gadaj, Stasieńku, skąd wam przyszło do głowy szukać mnie w lochu?

— Nikt niczego o tobie nie wiedział. Przekonani byliśmy, że jesteś nad morzem. Mieliśmy jednakże od pewnego czasu oko na ten dom. Wiedzieliśmy, że ktoś w nim mieszka, ale nie wiedzieliśmy kto. Nie mieliśmy zresztą żadnych interesów po tej stronie wody. Przed trzema jednakże dniami zwróciliśmy na to uwagę, że się w tym domu dzieje coś niezwykłego. Pewnej cichej nocy odbyła się tam jakaś gruba awantura. Słyszeliśmy rozpaczliwe krzyki.

— To ten Francuz musiał wołać o pomoc! — rzekł Adaś, wskazując ruchem głowy bladą marę350, co leżała w łodzi z głową opartą na kolanach jednego z rycerskiego hufca351.

— Aha! Strasznie krzyczał... Potem wszystko ucichło... Dwóch z nas zrobiło wywiad, ale, zdaje się, dom opustoszał. Tymczasem wczorajszej nocy przed północą usłyszeliśmy rozpaczliwe wołanie o ratunek, a po wodzie głos bardzo niesie...

— To ja wrzeszczałem — oznajmił Adaś.