— Doskonale to zrobiłeś — rzekł Burski z gorącym uznaniem. — Musiano cię słyszeć na dwie mile dookoła. Powiedzieliśmy sobie: „Czuj duch! Tam się odbywają nieczyste historie!” Nie śmieliśmy jednak zrobić wyprawy w biały dzień. Aż tu nagle wali się pod wieczór ta burza! Więc my do łodzi i jazda... Dom ciemny i pusty... Zajrzeliśmy we wszystkie kąty i już chcieliśmy wiać z powrotem, bo niemiłosiernie lało, lecz mnie jakby coś tknęło. W świetle błyskawicy dojrzałem loszek, zamknięty na potężną kłódkę. Pomyślałem sobie tak: dom jest ledwie i jako tako zamknięty, a głupia piwnica zamknięta jest na amen. Coś tam musi być w tej piwniczce!

— Sokrates jest wobec ciebie bałwan, miły Stasiu. Ocaliłeś mnie i tego biedaka. Nigdy ci tego nie zapomnę!

— Ja tobie też nigdy rozmaitych rzeczy nie zapomnę — odrzekł Burski głębokim głosem.

Milczeli przez chwilę, ostrożnie i pracowicie przedzierając się przez zbełtane wody. Łódź posuwała się coraz ciężej. I w niej było mnóstwo wody, którą czerpali dłońmi i czapkami.

— Daleko jeszcze? — spytał Adaś.

— Nie bardzo, możemy jednak nie dopłynąć... Ale tutaj płytko... Może by brzegiem...

— Francuz nie dojdzie — mruknął Adaś.

— Kto to taki? — spytał Burski bardzo cicho.

— Wszystko ci opowiem, ale nie teraz. Musimy go dostawić w jakieś bezpieczne miejsce.

— Będą go szukali?