Spał głęboko, chociaż już dzień się rozzłocił, jasny i czysty po wczorajszej burzy.
W tej chwili rozbrzęczał się rozpaczliwy głos patelni, gwałtownie bitej po wydętym brzuchu.
— Alarm! — zakrzyknął „były matematyk”, zrywając się z łoża jak dzik z legowiska na odgłos strzału. — Alarm! Wróg się zbliża... Co się stało? — spytał gromko, gdy Wandzia wetknęła głowę przez drzwi.
— Jakiś obcy! — zameldowała.
— Zbójca?
— Nie! Chłopiec... Harcerz... Powiada, że od Adasia!
— Wpuścić! Wołać stryja! — rozkazał.
Staszek Burski zdumiał się niezmiernie, że go z takimi przyjmują honorami, choć zamiast biciem w bębny biciem w patelnię.
— Na Boga! Ja znam tę twarz! — zawołał profesor na jego widok. — Chłopcze! My musieliśmy się już spotkać kiedyś w życiu?
— Tak jest, panie profesorze — odparł Staszek wesoło. — W ostatnim roku siedziałem z Adasiem na jednej ławce.