— Że czuwamy i że czekamy go całym sercem! — zawołał szybko pan profesor.
Burski wymknął się z domu kuchennymi drzwiami i przelazłszy przez mizerny mur chiński, jakim jest płot, dał nurka w zarośla.
Profesor pozostał z Wandzią, aby raz jeszcze odbyć przegląd przygód Adasia. Nie wymawiał zwykłych słów, lecz je sadził jak wyniosłe cyprysy, każde bowiem było wykrzyknikiem, wykrzyknik zaś przypomina kształtem to strzeliste drzewo.
— Dzielny chłopiec! — tak wołał. — Mądra ryba!... I wszystko dla nas!... Dla obcych!... Mogli mu tam łeb ukręcić, a on nic! Nowe pokolenie! Odważne pokolenie!
Spojrzał na dziewczynę z nagłym zajęciem i zapytał, zdumiony:
— A ty czemu płaczesz jak głupia?
— A skąd ja mogę wiedzieć, dlaczego płaczę? — rzekła Wandzia, oblewając słowa rzęsistymi łzami. — Stryjaszek niczego nie rozumie!
Wybiegła z pokoju, gubiąc łzy po drodze.
Stary profesor wzruszył ramionami, dziwując się tej niezgłębionej tajemnicy: płacze, a sama nie wie dlaczego? I jeszcze się zżyma, że on nie rozumie tego, czego i ona nie rozumie.
— Salomon392 też by nic nie rozumiał — pocieszył się profesor.