Oczekiwał Adasia przez cały dzień, lecz go się nie doczekał. Ani on, ani inni, niecierpliwie czekający. A panna Wanda przypominała marcowy dzień, co to popłacze odrobinę, osuszy łzy błyskiem słońca i znowu popłakuje.
— Ujrzymy go jutro o świcie! — pocieszył ich profesor.
Gdy legł na łoże, westchnął siedem razy, bo nigdy nie wzdychał do pary, zgasił świecę i zanurzył się w sen jak w ciepłą wodę. Nagle mu się wydało, że ktoś leciutko stuka w szybę. Nie mógł przez dłuższą chwilę zrozumieć, czy to naprawdę ktoś puka, czy to tylko jego serce, oczekując gwałtownych zdarzeń. Nie, to nie serce! Więc ostrożnie zwlókł się z łoża i ostrożnie zbliżył do okna. Ten ktoś za oknem, ujrzawszy blade widmo w nocnej koszuli, zaczął mu dawać znaki, a znaki były przyjazne.
— Adaś, jak mi Bóg miły! — szepnął profesor.
Otworzył okno w wielkiej cichości i wyciągnął ręce.
— Panie profesorze! — szepnął Adaś. — Czy mogę wejść przez okno?
— Czemu przez okno?
— Mógłby się ktoś obudzić. I Staszek Burski jest ze mną...
— Właźcie prędko!
— Niech pan profesor nie zapala światła... My widzimy w nocy jak koty... Staszek, właź!