— Rzucić to natychmiast, bo strzelę! — mówił chudzielec groźnie.
— Proszę usłuchać, panie profesorze! — zawołał Adaś. — Jesteśmy bezbronni! Ten pan ma nas w swojej mocy...
Patrzył czujnie na chudego człowieka, co się zbliżył powoli, wodząc czarnym okiem rewolweru po struchlałej gromadce. Stanąwszy przed Adasiem, mówił powoli, jadowicie barwiąc słowa:
— O wszystkim pamiętałeś, chłopaczku, tylko o mnie zapomniałeś... A ja ciebie strzegłem jak źrenicy oka! Bardzo ci dziękuję za piękną robotę! Doskonale to zrobiłeś! Chwalisz się tylko zbyt głośno i trąbisz jak jerychońska trąba!... Ale poza tym jesteś mądry! Ho, ho. Nie wiedziałeś, kiedy cię pytałem, co znaczy 10 i 11 we francuskim liście, a teraz wiesz... Dziesięć kroków i jedenaście kroków... Nie ruszaj się! Szkoda by było takiej mądrej głowy. Posuń nogą tę skrzynkę w moją stronę.
— Nie mogę, za ciężka... — odrzekł Adaś zdławionym głosem.
— To dobrze, że ciężka... Więc ty sam trzy kroki w tył! I ten brodaty! Prędzej!... Nie mam czasu na rozmowy...
Adaś kroczył w tył, wpatrzony bystrze w lufę broni.
Chudy człowiek zbliżył się tygrysim ruchem i porwawszy skrzynkę, ujął ją lewą ręką i umieścił pod pachą. Prawą wciąż wodził po osłupiałym zgromadzeniu.
— Mógłbym ci w łeb strzelić — mówił głucho — abyś mnie kiedyś później nie wytropił. Twoje szczęście, że hałas jest niepotrzebny. No i wdzięczny ci jestem! A nie szukaj mnie, bo nie znajdziesz... Żegnam was, panowie! Pan znowu chwyta za rydel? — zaśmiał się niemiło, zwróciwszy się do profesora. — Bardzo dzielny z pana staruszek.
— Łotrze! — krzyknął pan profesor.