— Ciekawe wiadomości, panie profesorze! — wołał z daleka.

— Na Boga! Chyba nie o nas napisali! — zatrwożył się profesor.

— Nie o nas, tylko dla nas!

Zwołana naprędce „rada familijna” dowiedziała się, że w marnym jakimś zajeździe wileńskim doszło do zbrojnej rozprawy między dwoma dżentelmenami, których starano się pogodzić w komisariacie policji państwowej. Wyszło na jaw przy tej miłej sposobności, że są to osobistości szeroko znane i że władza zbrojna tęskniła za nimi jak słowik za wiosną, więc ich przyjęto radośnie i na czas długi przytulono do policyjnego serca. Powszechny podziw wzbudziło to, że owi dwaj mężowie, z których jeden usiłował zakatrupić drugiego, wiedli bój o starą skrzynkę, napełnioną zardzewiałym żelaziwem.

— Szatańskie zdarzenie! — rzekł pan Gąsowski.

Adaś odetchnął.

— Teraz możemy szukać w spokoju! Jeszcze dzisiaj zaczniemy.

Tego dnia jednakże nie można było przystąpić do wielkiego dzieła, około południa bowiem ujrzano zmierzającą ku domowi dziwną postać: jak gdyby apostoł kroczył w pyle drogi. Odziany w biały, płócienny kitel szedł powoli, podpierając się laską wysoką, jakby pielgrzymią. Brak było tylko uwiązanej u szczytu laski tykwy409 na wodę, aby pozór pielgrzyma wędrującego do Jerozolimy był zupełny.

— Do nas idzie — rzekła pani Gąsowska. — Znam tę postać...

— Ksiądz Kazuro! — zawołał radośnie Adaś.