— Pokój temu domowi, młodziankowie święci! — mówił starowina, bardzo znużony. — W imię Ojca i Syna! A ty tu skąd? — zdumiał się, ujrzawszy Adasia. — I ten drugi młodzianek święty też tutaj?

Witali go niezmiernie czule i usadowili za stołem, aby odpoczął. Ksiądz Kazuro opowiadał dziwne rzeczy.

— Od wczoraj wędruję — mówił — bo mam wielkie zmartwienie. Wyobraźcie sobie, że ten święty młodzianek przyniósł do mnie chorego Francuza...

— My o wszystkim wiemy, księże dobrodzieju! — huknął pan Gąsowski.

Staruszek spojrzał na niego z zachwytem.

— Ależ pan ma głos, młodzianku święty, aż miło słuchać. Gdybym miał w kościele organy, musiałbyś co niedzieli śpiewać u mnie na chórze... Potężny głos!... Może to jednak lepiej, że nie śpiewasz, bobyś mi kościół tym głosem rozwalił. Ale o czym to ja mówiłem? Aha! Otóż temu Francuzowi naprostowaliśmy rękę. Krzyczał tak, że się cała wieś zbiegła, ale od razu ozdrowiał. Nazajutrz przychodzę ja rano, aby pogadać z nim na migi, bośmy doskonale rozmawiali, a Francuza nie ma. Tylko pod lichtarzem410 karteczka i banknot. Sto złotych! Młodziankowie święci! Jak długo żyję, nie widziałem takiego banknotu. Wytłumaczyła mi panienka z Wiliszek, panna Niemczewska, że Francuz napisał na karteczce: „Dla biednych kochanego księdza proboszcza”. Ładnie napisał, ale teraz mam zgryzotę. Wielką zgryzotę!

— Jakąż to, księże dobrodzieju?

— Te pieniądze spadły mi z nieba, bo właśnie trzeba było ratować jedną wielką nędzę. I ot co! Mam pieniądze i nic nie mogę zrobić.

— Nie rozumiem! — rzekł pan Gąsowski.

— A to takie jasne, młodzianku święty!