Rzewny ten tytuł dziwnie nie przystawał do brodatego męża, do którego czarnej brody powinno się mówić raczej „krwawy Herodzie!”. Nikt jednak nie zwrócił na to uwagi, każdy bowiem zachodził w głowę, skąd się wywodzi zgryzota dobrego człowieka?
— Od wczoraj chodzę po całej okolicy — mówił ksiądz — i usiłuję zmienić411 ten olbrzymi banknot. Byłem w siedmiu dworach, u siedmiu znakomitych dziedziców. Wszędzie mi powiadają: „Może by się udało w jesieni, kiedy sprzedamy zboże!”. A czy ja mogę czekać do jesieni, kiedy mi nędza nad uchem płacze? Powiadam im: „Zbierzcie do kupy, co który ma, młodziankowie święci, a potem się policzycie!”. Zebrali razem w siedmiu dziewięć złotych i parę groszy. Czysta rozpacz! Więc przywędrowałem tutaj, może wy zmienicie?
— Doskonale! — zagrzmiał pan Gąsowski. — Mój brat, profesor, zawsze przyjeżdża z gotówką. Pawle! Zmień księdzu proboszczowi sto złotych.
Pan profesor bardzo poczerwieniał: zaczął kręcić się niespokojnie.
— Dziwna rzecz... — zaczął bąkać niepewnie. — Roztargniony jestem... zapomniałem...
Pani Gąsowska chciała coś rzec, może o tym komorniku, co tu był niedawno, ale pan profesor spojrzał na nią tak srodze, że umilkła. Adaś, patrzący na to spod oka, zawołał gromko:
— Staszek!
— Jestem...
— Niech jeden harcerz weźmie pieniądze, a dwóch niech idzie jako straż i co tchu do miasteczka. Szostak musi pójść jako znawca, aby nie dali jakiejś fałszywej monety.
— Rozkaz! — wrzasnął Burski. — Proszę o pieniądze, księże proboszczu.