Zaniepokojony, że na „byłego matematyka” nowe padło opętanie, pośpieszył czym prędzej i nasłuchiwał chwilę pod drzwiami. Usłyszał plusk wody, co go niepomiernie zdumiało. Zastukał i pytał:
— Co ty tam wyprawiasz, Iwonie? Kąpiesz się?
— Zostawcie mnie w spokoju! — zagrzmiało spoza drzwi. — Robię to, co mi się podoba.
Profesor wzruszył ramionami i wałęsał się aż do obiadowej pory. Gdy wszedł do jadalni, zakrzyknął i cofnął się: za stołem siedział jego brat, lecz jakże odmieniony. Quantum mutatus!416 Przed kilkoma godzinami czarna, kruczoczarna jeszcze broda osiwiała, chociaż snuły się po niej brunatne pasma, których nie można było usunąć naprędce.
— I cóż cię tak dziwi? — dawnym basem rzekł pan Gąsowski, głosu bowiem odmienić nie zdołał. — Znudziło mi się być czarnym, więc posiwiałem. „Malowane” brody dobre są do zagadek.
— Ja się nie dziwię! — rzekł dobrotliwie profesor. — Ja się cieszę... Jesteś bardzo przystojnym człowiekiem, mój stary!
— Stary? To za wiele powiedziane...
— Nie w tym sensie, nie w tym sensie! — zaśmiał się brat.
Bohaterski czyn pana Gąsowskiego zdumiał wszystkich prócz Adasia. Zdawało się, że Adaś jest nieprzytomny. Jadł, nie wiedząc, co je, i nie zauważył, że pokaźna mucha, znudzona życiem, rzuciła się do jego zupy, aby umrzeć. Adaś zjadł zupę, zjadł muchę i patrzył przed siebie szklanym wzrokiem. Gdy postawiono przed nim płaski talerz, przyjrzał mu się z obudzoną nagle ciekawością.
— „...Nigdy nie jadał na uczcie z płaskiego talerza...” — gadał sam do siebie. — Panie profesorze! — rzekł głośno. — Coś mi świta...