Na twarzy miał czerwone wypieki, a oczy błyszczące.
— Oto jest dom tego, co nie jadł nigdy z płaskiego talerza! — wołał wymachując widelcem.
Wśród gęstych zarośli sterczał odwieczny dąb, strzaskany kiedyś przez piorun; pozostał po nim jedynie niewysoki, gruby pień, potężny i nieozdobny jak dorycka418 kolumna. Na jej ściętym szczycie umieszczono koło od wozu na bocianie gniazdo.
— Jak długo pamięta pan to gniazdo, panie profesorze? — pytał Adaś gorączkowo.
— Od najwcześniejszych moich dni... To gniazdo było tutaj zawsze... W tej chwili jest puste, bo małe brodzą już po łąkach. Więc ty myślisz?
— Nie może być inaczej!
Odwrócił się szybko i wskazał ręką.
— Patrzcie, państwo! Ten pień sterczy naprzeciwko okien bawialni. Oficer leżący na łóżku i rozmyślający nad wyborem schowka patrzył przez okna przez długie zapewne godziny... Dojrzał to gniazdo... Wtedy niewątpliwie zrodził się w jego głowie ten pomysł. Musi wyjść z domu potajemnie ze swoim ciężarem. Do lasu by może nie doszedł, bo ma nogi obolałe, a to gniazdo jest blisko. Może się uda... Dokoła pnia rosną chaszcze, nikt tu nie zachodzi... I udało mu się. Panie profesorze! Jestem najpewniejszy, że znaleźliśmy schowek, najzupełniej pewny!
— Drabinę! Dawajcie prędko drabinę! — wołał siwobrody pan Gąsowski.
Adaś powstrzymał go ruchem ręki.