— Żywotówka... Tam jest pusty dom.

— Winnickich?

— Skąd pan wie? Tak... Winnickich...

— Niech pani natęży wzrok.

— Nie mogę rozpoznać... O, teraz widać, bo wyszedł z mroku. Jakiś mężczyzna!

— Nie zna go pani?

— Nigdy go nie widziałam. Jakiś niski człowiek...

— Przystanął... Patrzy... Patrzy w stronę domu.

Mrok zgęstniał i zbełtał się, gdyż wieczór dojrzał jakby na znak dany przez żaby. Sierpik księżyca po krótkiej paradzie, skosiwszy kilka ciemnych lilii na niebieskiej łące, gdzieś zaginął. W jednym oknie domu zamigotało senne, nikłe, naftą181 sycone światło.

— Nic nie widać — szepnęła dziewczyna.