— Ja widzę — mówił Adaś cichutko. — Wiodłem za nim wzrokiem... Przebiegł przez puste miejsce i w tej chwili stoi pod tym samotnym drzewem. Czai się... Czeka na coś lub na kogoś...
— Ale na co?
— Nie wiem. Chce się może dowiedzieć, kto zajechał dzisiaj rano do domu?
— W nocy się nie dowie!
— Jakoś się dowie. Dotąd, jeśli śledził dom, widział dwa oświetlone pokoje, dzisiaj ujrzy ich pięć. To też dla niego wiadomość... Cicho! Słyszy pani? Trzasnęła sucha gałązka...
Dziewczyna nie słyszała wprawdzie cichutkiego trzasku, słyszała natomiast mocne łopotanie własnego serca. Gdyby dobrze natężyła słuch, mogłaby usłyszeć, że i dzielne męskie serce Adasia uderza w rytmie mocno przyśpieszonym — muzyk rzekłby: molto agitato182.
— Co począć? — szepnęła panna Wanda.
Adaś nie odpowiedział. Być może, że nie dosłyszał nawet zatroskanego pytania. Rozmyślał gwałtownie: skoro ktoś się czai i skoro ktoś śledzi dom, tedy domowi coś zagraża, domowi — ściślej mówiąc — tej dziewczynie. Wszystko, co się dotąd stało, było ostrożnym wstępem, wysuwaniem czujnych macek183, którymi nocny owad bada nieznacznie teren. Coś się za tym kryje, co jest niebezpieczeństwem — niezwykłym, nieznanym i w swej tajemniczości groźnym. Nie można go odgadnąć, czuć go jednak w tych dziwnych zdarzeniach. Nadarza się sposobność, aby zajrzeć mu z bliska w mroczną twarz, zakrytą maską nocy. Może się uda za jednym zamachem rozwiązać wszystkie zawikłane zagadki. Na to jednak trzeba odwagi i śmiałej decyzji. Mroczny człowiek, człowiek-widmo, działający z ukrycia, znajduje się w tej chwili niedaleko, przytulony do pnia drzewa. Nie kryłby się, gdyby tu przyszedł w dobrych zamiarach: ponieważ kryje się, żywi zamiary niecne. Cokolwiek pocznie się przeciwko niemu, będzie godziwe.
Gdyby panna Wanda mogła spojrzeć w tej chwili na twarz swego towarzysza, musiałaby ją zdumieć niezwykła na niej powaga. Oczy Adasia błyszczały mocnym blaskiem, chrapy nosa miał rozdęte, drżenie latało po całym jego ciele. Coś postanowił, lecz jeszcze rozważał. Wreszcie zaczął mówić najgłębszym szeptem:
— Panno Wando... Pani tu zostanie... Niech pani nawet nie drgnie... Jest tak cicho, że każdy szelest staje się krzykiem... Proszę się ukryć, jak tylko można najlepiej...