— Rzecz jest niemożliwa. Znam dobrze drzewo naszego rodu; kazał je przed wielu laty sporządzić mój pradziadek, ten sam, co ufundował tę rodzinną galerię.

— Jak to? Więc te portrety nie pochodzą ze swoich czasów?

— Broń Boże! Zostały namalowane w czambuł w roku tysiącznym siedemsetnym osiemdziesiątym szóstym albo siódmym. Mój przodek spotkał w Wilnie na jarmarku malarza, zabrał go tutaj, do Bejgoły, a malarz przez rok pacykował te fizjonomie210. Dziadek opowiadał na chybi-trafi, jak który przodek ma wyglądać, i jednemu dawał w prezencie brodawkę, innemu zezowate oczy, a temu oto straszliwcowi tę piekielną brodę.

— Nadzwyczajne!

— Ba! Mój przodek jeszcze lepsze miewał pomysły. Te trzy praprababki z brzegu, co miały być najstarsze w rodzie, wsadził po namalowaniu do komina, aby je uwędzić „na staro”. Nieszczęsne babki! Opowiadał mi mój ojciec, że jedna z babek zajęła się żywym ogniem i omal nie spaliła domu. Musieli ją na nowo malować, bo się przypiekła. A czy nie zauważyłeś, jak bardzo te twarze są do siebie podobne? To stąd pochodzi, że malarz był mistrzem od czternastu boleści i malował jak przez patron211. Byle osoba miała ludzkie kształty i nie przypominała konia. Jednego tylko z moich przodków ozdobił brodą, która podobno była kiedyś ruda, ale ją czas poczernił... Czas, dym, kurz i muchy. Czcigodny przodek, widząc, że mój brat maluje sobie brodę, nie chciał zapewne być gorszy i zażył tego samego środka. Spójrz no, jak ta broda popękała.

— Jakby posiwiała — zaśmiał się Adaś.

Istotnie, rycerska broda jakby wyprzała212 w niektórych miejscach; w piekielnej jej czerni zdobiły się jaśniejszym tonem zawiłe esy-floresy. Można było przypuścić, że rycerz, korzystając ze spokoju głuchej nocy, wyrywa sobie czasem garść kłaków, po czym przegląda się w lustrze.

— Nie mogę ci, Piotrusiu, ofiarować Francuza — mówił wesoło profesor. — Chyba francuski strój. Widzisz tam w kącie tego chłystka? Na łbie ma brudną perukę, a na gębie nie ma wąsów. Wedle pomysłu mego wybornego dziadka ma to być Eustachy Gąsowski, szambelan213 króla Stanisława214.

— Oj, a czemu on ma tylko jedno oko? Czy był ślepy?

— Broń Boże! To wyborny mój przodek jest temu winien. Z nudów grywał z malarzem w rumel-pikietę215, a malarz był oczajdusza216. Ponieważ skąpo płacono mu za malowidła, usiłował przeto dorobić się na grze w karty i cyganił. Dziadek wpadł w pasję i posłał znakomitego Apellesa217 do stu diabłów, nie zważając na to, że właśnie malował jego rodzonego ojca i zrobił mu dopiero jedno oko. I tak już pozostało. Biedny szambelan! Gdybym umiał, namalowałbym mu to oko choćby węglem. Nad czym tak dumasz?