Aureole szczerbione w wieczny znak rodzaju, rozpalone,

wezbrane, żegnające owoc, zrównane z ogniem w komorze

jesieni, czy potrafię je zmówić nim zgasną? Niebo rdza-

mi zachodzi, cień wyżera grube łyki trawy, karmi ziemię

w ostatnich olejach. Chłodne odpoczywanie świętych nie

nazywanych, w wielkim bezimieniu gorącymi strzałami

przez śmierć trafionych. A mnie ledwo czerwień.

Tak mi w ucieczce przybywa

Niby las, niby płot, niby wojsko, niby zboże, chwiejne i wyso-

kie nazywanie świata, co ciągle inaczej zwołuje swą przemoc