ności drzewa mój cień jego ruchem cieniem, a pory roku

pędzą w gęstwinę. Dotykam pierwszych ścian przez grubość

lat, przez życia ubiegłe do kory, między kołyską i drzwiami

w twarde drewno wryty przypływ. Ze skraju, z drgnienia ma

wejście jedyne: wysoko po skórze drze płomień do szumu

w kołowrót zieleni, aż skrzypią ramiona. Gdzie dotknie po-

lany, wyrębu w pamięci?

Nie udźwignie ten kraj człowieka, nie wysyła znaków

Mówią o nim, pokazują palcem to miejsce, a ja ciebie do dziś

z klocków ustawiam. Do rozsupływania się dałeś, w gardle