Znak zniżony do szmeru, do niedowidzenia, cofnięcie w na-

głe to samo: zielone zwierzę! Ale był jeszcze głos chrapliwy —

i tak po kole karuzeli, od kasztana do konia, w zawrotach

do mdłości, martwe konie, ruch we mnie, plama skacząca

z pastwiska w pastwisko.

A gdyby mu teraz nienazwanym dopiec? Bawić się tak lek-

ko jak wtedy — nitką? postronkiem? zwidzeniem, co usidli

konia?

Cały przyjść nie może, zaświadczam tylko, że był spodzie-

wany.