Za nim roztaczało swą przepaścistą głębię usiane rojami świecących punktów czarno-aksamitne niebo.
Choć znała już ten obraz z ilustracji i audycji telewizyjnych, nie mogła oderwać wzroku. Przysunęła się do Kruka i chłonęła widok odsłaniający się przed nią.
Wprost, wśród gęstej kraty metalowych prętów wielkiego „kosza” miotacza, nad jasnym czworokątem Krzyża Południa wybijała się swym blaskiem nad inne duża, żółtawa gwiazda.
Dziewczyna znała ją dobrze z licznych rycin.
— Gwiazda Dobrej Nadziei — wyszeptała.
Uczuła lekki uścisk czyjejś ręki. Spojrzała. Obok stał Roche, wpatrzony tak jak ona w iskrzące się gwiazdami niebo.
Bała się spłoszyć to „coś”, przejmujące, a zarazem podniosłe w obrazie, jakże innym od wszystkiego, co widziała dotąd.
— Gdzie mogą być te ciała eksplodujące? — dobiegły ją słowa Kruka.
— Trudno powiedzieć — odrzekł astronom. — Jeśli to, co mówi Summerson, jest prawdą, ciała te atakują nas z boku od tyłu, co zresztą potwierdza nakaz przebudowy najpierw tylnego miotacza. Z tej strony byłyby więc niewidoczne. Może coś uda się zaobserwować, gdy będziemy nad krawędzią świata, tym bardziej że prawdopodobnie na podstawie położenia przyrządów będziemy mogli określić kierunek.
Krzyż Południa przesunął się nieco wyżej na prawo, wolnym ruchem okrążając Gwiazdę Dobrej Nadziei.