— Nie było pani dziś na pływalni… Zastanawiałem się nawet… może pani chora…

— Ależ byłam, tylko trochę później. Przeszkodziła mi wizyta Jacka Handersona. Musiałam zaczekać, aż sobie pójdzie.

Wymówiła to tonem wyraźnego zniechęcenia. Krukowi wyrwało się pytanie:

— Tak wcześnie złożył pani wizytę?

Bernard zorientował się, że popełnił nietakt towarzyski. Mieszanie się do prywatnych spraw mogło ujść za prostackie grubiaństwo.

— Wcale nie byłam zadowolona z tych odwiedzin — padła nieoczekiwana odpowiedź, która rozładowała zmieszanie Kruka. — Nie lubię, jak mi coś burzy porządek dnia. Najchętniej byłabym go przeprosiła i poszła zaraz na plażę. Ale nie mogłam. Jak pan słyszał zapewne, Jack zabiega o względy ojca i to mu się udaje. Chce się ze mną żenić. A mnie się on nie podoba — wyrzuciła szybko. Potem, jakby zdziwiona brzmieniem własnych słów, dodała jakoś melancholijnie: — Niech pan tego nikomu nie powtarza… Ojciec gniewałby się na mnie.

— Szkoda, że nie jestem Handersonem — powiedział szczerze Kruk. I znowu ogarnęło go przerażenie, że może dopuścił się bezczelności.

— Szkoda… — padło jak echo.

Odpowiedź Stelli ośmieliła go tak, że zanim mógł się zastanowić, usłyszał swój głos:

— Pani Stello, niech pani mi to powie bardziej zrozumiale.